„Tato, ile jeszcze?” To pytanie jest niemal stałym elementem naszych rodzinnych podróży. Czasem pojawia się po godzinie, czasem po kilkunastu minutach, a zdarza się, że pada właściwie zaraz po wyjeździe z domu. Podróżujemy sporo. Z żoną, dziewięcioletnią Michaliną i młodszym Matim potrafimy przejechać ponad 500 kilometrów nad morze, więc dobrze znam kolejne warianty tego pytania. „Daleko jeszcze?”, „O której będziemy?”, „Ile kilometrów zostało?”. Podawanie konkretnej godziny nie zawsze pomaga, podobnie jak informacja o liczbie kilometrów. Kilkulatkowi niewiele mówi przecież, że do celu pozostało 327 kilometrów. Kilka godzin w foteliku lub na tylnej kanapie to wyzwanie. Z czasem zaczęliśmy więc traktować podróż nie tylko jako konieczność dotarcia z punktu A do punktu B. To także dobry moment na zabawę, książki, zagadki i odkrywanie świata. Nie wszystko zajmuje dzieci na równie długo, dlatego najlepiej sprawdza się u nas kilka różnych pomysłów.
Bingo, w którym samolot czasem pojawia się znikąd
Jednym z naszych sposobów są karty podróżnego bingo. Zasada jest prosta. Na karcie znajdują się rzeczy, które można zobaczyć po drodze, a zadaniem dzieci jest ich wypatrywanie.
Samochód jedzie, krajobraz za szybą się zmienia, a dzieci zaczynają polować na określone znaki drogowe, rowery, zwierzęta, samoloty i inne obiekty. Nagle zwykłe patrzenie przez okno zamienia się w zadanie.
Przy dwójce dzieci potrzebny jest jednak jeszcze jeden element tej zabawy: weryfikacja.
Szybko ustaliliśmy, że trzeba głośno powiedzieć, co właśnie się znalazło. Inaczej pod koniec okazuje się, że jedno dziecko widziało samolot, drugie helikopter, a gdzieś po drodze pojawiła się jeszcze pani z kotkiem, której żaden dorosły nie zauważył. Dziecięca chęć zwycięstwa potrafi być naprawdę kreatywna.
Bingo ma jeszcze jedną zaletę. Nie zawsze można je skończyć. Czasami nawet na trasie liczącej kilkaset kilometrów nie uda się znaleźć wszystkich elementów. Początkowy zapał z czasem słabnie, ale później wystarczy, że za oknem pojawi się długo poszukiwany obiekt i zabawa zaczyna się od nowa.
Książka, którą można zrobić znacznie więcej niż tylko przeczytać
Drugim stałym elementem naszych podróży są książki. Przy rodzeństwie można wykorzystać dodatkową przewagę. Starsza siostra ma przecież, przynajmniej w teorii, magiczną funkcję bycia tą mądrzejszą i może poczytać młodszemu bratu.
Nie musi to jednak oznaczać zwykłego czytania od pierwszej do ostatniej strony.
W naszym przypadku dobrze sprawdza się opowiadanie historii własnymi słowami, zmienianie głosu bohaterów czy zatrzymywanie się przy ilustracjach. Książka obrazkowa może stać się również początkiem kolejnej zabawy. Wybieramy znajdujący się na ilustracji przedmiot, zwierzę albo pojazd i sprawdzamy, kto pierwszy zauważy coś podobnego za oknem.
Można też zrobić odwrotnie. Zamiast czytać gotową opowieść, dzieci same wymyślają historię na podstawie ilustracji. Jedno zaczyna, drugie dodaje następny fragment, a rodzice mogą dorzucić własny pomysł. Powstają przy tym historie, których autor książki prawdopodobnie nigdy by nie przewidział.
Właśnie dlatego w podróży szczególnie interesujące są tytuły, które zostawiają dziecku przestrzeń do działania. Gdy podróży jest dużo a u Nas podróże to częsty element życia potrzebujemy sporo materiałów dlatego używane książki dla dzieci kupujemy w różnych miejscach w przeciwnym razie budżet mógłby nie wytrzymać. Wyszukiwanki, książki obrazkowe, zbiory zagadek czy publikacje z zadaniami nie kończą się wraz z przeczytaniem ostatniego zdania. Można do nich wracać i za każdym razem wykorzystać je trochę inaczej.

Kredki, naklejki i obowiązkowy tatuaż dla taty
W naszym samochodzie trudno wyobrazić sobie dłuższą trasę bez kolorowanki. A jeśli pojawia się kolorowanka, często gdzieś obok znajdą się również naklejki.
Naklejki mają tę szczególną właściwość, że ich przeznaczenie szybko przestaje ograniczać się do książeczki. Podobnie jest z dziecięcymi tatuażami. W pewnym momencie okazuje się, że smok, piłkarz albo bohater ulubionej historii powinien znaleźć się również na ręce taty.
I tata oczywiście zostaje włączony do zabawy.
Takie drobiazgi dobrze uzupełniają książki, ponieważ pozwalają zmienić rodzaj aktywności bez wyciągania kolejnej dużej zabawki. Po czytaniu można przez chwilę kolorować, później wrócić do zagadki albo zająć się naklejkami. Przy wielogodzinnej podróży możliwość przechodzenia pomiędzy różnymi zajęciami okazuje się ważniejsza niż znalezienie jednej zabawy, która miałaby wystarczyć na całą drogę.
Od dinozaurów do Cristiano Ronaldo
Wybierając książki dla dzieci, szybko można zauważyć jeszcze jedną rzecz. Zainteresowania małego odkrywcy potrafią zmieniać się w imponującym tempie.
Przychodzi czas zwierząt i dinozaurów, a później nagle zaczynają się znacznie poważniejsze sprawy. Piłka nożna. Cristiano Ronaldo. Messi. Lewandowski. Bramki, kluby i kolejne pytania.
Mój syn ma przy tym prostą zasadę. Najpierw pyta: „Tato, komu kibicujesz?”. Odpowiedź jest istotna, bo istnieje spora szansa, że chwilę później sam będzie kibicował tej samej drużynie albo zawodnikowi.
Przed jedną z naszych podróży samolotem ważnym elementem przygotowań stał się właśnie Cristiano Ronaldo. Perspektywa nowej koszulki piłkarskiej potrafiła skutecznie konkurować z emocjami związanymi z lotniskiem i samym lotem. Oczywiście strój nie byłby kompletny bez odpowiednio długich piłkarskich skarpet. Dzieci zwracają uwagę na szczegóły, które dorosły potrafi zupełnie pominąć.
Warto wykorzystać takie aktualne fascynacje również przy wyborze książek. Mały fan futbolu może zainteresować się albumem o piłkarzach, dziecko przeżywające okres fascynacji prehistorią chętniej sięgnie po książkę o dinozaurach, a miłośniczka zwierząt może spędzić znacznie więcej czasu nad atlasem pełnym kotów, psów i egzotycznych gatunków.
Nie trzeba przekonywać dziecka do tematu, który akurat go nie interesuje. Znacznie ciekawiej podążyć za tym, o co samo zaczyna pytać.
Atlas w walizce, czyli podróż zaczyna się przed wyjazdem
Dziecięca ciekawość szczególnie mocno daje o sobie znać podczas wyjazdów zagranicznych. W czasie pobytu w Turcji nasza córka zwróciła uwagę na coś, czego sami prawdopodobnie nie potraktowalibyśmy jako najważniejszego odkrycia podróży. Koty były niemal wszędzie, za to psów widzieliśmy bardzo niewiele.
Natychmiast pojawiło się oczywiście pytanie: „Dlaczego?”.
I właśnie od takich pytań może zaczynać się poznawanie kraju.
Dlatego przed podróżą warto sięgnąć z dzieckiem po atlas, książkę podróżniczą albo elementarz poświęcony danemu miejscu. Nie chodzi o zapamiętywanie dat i nazw. Znacznie ciekawsze dla kilkulatka może być sprawdzenie, jakie zwierzęta żyją w danym regionie, co rośnie w tamtejszym klimacie, co jedzą mieszkańcy, jakie mają zwyczaje i co można zobaczyć na miejscu.
Dzięki temu książka przestaje być czymś oderwanym od wyjazdu. Informacja znaleziona wcześniej na ilustracji może nagle pojawić się przed dzieckiem w rzeczywistym świecie. Z kolei obserwacja poczyniona podczas wakacji może po powrocie skłonić do ponownego otwarcia atlasu i poszukania odpowiedzi.
Mówiące pióro dla najmłodszego odkrywcy
W przypadku Matiego staramy się też przemycać do zabawy litery, słowa i nowe pojęcia. Jest jeszcze przedszkolakiem, dlatego nie chodzi nam o urządzanie lekcji podczas podróży. Wiedza ma pojawiać się niejako przy okazji.
Jednym z wykorzystywanych przez nas rozwiązań są książki współpracujące z mówiącym piórem Albik Elementarz. Dziecko dotyka nim odpowiednich miejsc i może poznawać słowa, litery oraz nazwy przedmiotów. „A” może prowadzić do ananasa, kolejna litera do warzywa, pojazdu albo zupełnie nowego słowa.
W samochodzie taka forma ma istotną cechę: dziecko samo decyduje, co chce sprawdzić i może wielokrotnie wracać do tego samego elementu. Powtarzanie nie jest wówczas poleceniem rodzica, ale częścią odkrywania książki.
Starsza siostra nie zawsze podziela entuzjazm młodszego brata wobec materiałów dla przedszkolaka. Trudno jej się dziwić. Sama przecież przeszła już ten etap. To kolejny argument za tym, żeby podczas rodzinnego wyjazdu nie szukać jednej książki idealnej dla wszystkich, lecz uwzględnić wiek i aktualne zainteresowania każdego dziecka.
Mały odkrywca zmienia także dorosłych
Podróżowanie z dziećmi ma jeszcze jeden skutek, którego kiedyś się nie spodziewałem. Rodzic również zaczyna odkrywać świat na nowo.
U nas zaczyna się to bardzo szybko, bo czasami kanapki trzeba wyciągnąć właściwie zaraz po opuszczeniu bramy. Kilka minut podróży najwyraźniej wystarcza, żeby zgłodnieć po trudach wyprawy.
Po drodze człowiek dowiaduje się więc rzeczy, których prawdopodobnie nigdy nie planował sprawdzać. Choćby tego, że na stacji można poprosić o samą podgrzaną bułkę do hamburgera, bo właśnie taka wersja okazuje się dla dziecka najlepszym posiłkiem. Później przychodzą pytania o zwierzęta, znaki, samochody, kraje, piłkarzy i dziesiątki innych spraw.
Nie na wszystkie odpowiedzi znam od razu. I może właśnie w tym tkwi najlepsza część wspólnego odkrywania. Możemy później otworzyć książkę, atlas albo encyklopedię i poszukać odpowiedzi razem.
Oczywiście, że nie.
Prawdopodobnie nie istnieje książka, kolorowanka ani podróżne bingo mające taką moc. Można jednak sprawić, że pomiędzy jednym „ile jeszcze?” a kolejnym wydarzy się całkiem sporo. Dziecko znajdzie samolot za oknem, wymyśli historię na podstawie ilustracji, pozna nowe słowo, zapyta o kraj, do którego właśnie jedzie, albo zainteresuje się czymś, czego dorosły nawet nie zauważył.
I wtedy te kilkaset kilometrów przestaje być wyłącznie odległością, którą trzeba pokonać. Staje się częścią rodzinnej wyprawy.
*Materiał sponsorowany. Artykuł powstał we współpracy z partnerem Allegro.